Poukładane…

Bywa, że jedno spotkanie, jedna rozmowa, jedna chwila wywróci twój świat. Jeszcze przed chwilą miałeś wszystko poukładane i nagle orientujesz się, że nie masz nad życiem kontroli. Taki był wczorajszy dzień. W Warszawie ludzie protestowali przeciw noszeniu maseczek, a ja się dowiedziałem, że zamiast iść do szpitala na operację mam pozostać w domu na kwarantannie. Ludzie szli na wieczorną Mszę św. do kościoła i zobaczyli na drzwiach świątyni kartkę, że kościół zamknięty. O wszystkim zdecydowało jedno krótkie spotkanie, co do którego nikt nie przewidział, jak brzemienne będzie w konsekwencjach.

O tym, że miało się kontakt z osobą zarażoną i zarażającą z reguły dowiadujemy się poniewczasie. Co więcej, ta osoba poniewczasie dowiaduje się, że to ona była źródłem ogniska infekcji. Zaczyna się poszukiwanie ludzi, z którymi miała kontakt, niekiedy niezwykle utrudnione letnimi podróżami i wielością – niekiedy zupełnie przypadkowych – kontaktów .

Zdaję sobie sprawę, że ludzie (ja również) są zmęczeni rygorami sanitarnymi, maseczkami, ograniczeniami i ciągłym gadaniem o panującej pandemii. Przytaczają statystyki pokazujące, że nie tylko liczba zgonów nie rośnie, ale wręcz maleje. Wskazują, że odsetek przechodzących COVID-19 ciężko jest naprawdę niewielki. Zawsze mam w takich sytuacjach dylemat: jaka jest magiczna liczba? 100? 1000? Od kiedy, od ilu chorych czy umierających mam zacząć traktować daną chorobę zakaźną poważnie? Bo choć prawda jest, że na choroby serca i nowotwory choruje i umiera więcej, to jednak one zakaźne nie są.

Wyobraźmy zatem sobie scenariusz, w którym dowiedziawszy się, że miałem kontakt z osobą zarażoną SARS-CoV-2 nic o tym nie mówię mojemu chirurgowi. Przecież miałem robiony wymaz i ja jestem zdrowy (tyle że wymaz był robiony zbyt krótko po spotkaniu, by wirus mógł się rozwinąć). Jeśli sam zostałem zarażony, a tego nie wiem, zacznę zarażać w dniu operacji – nie będą o tym wiedzieli operujący mnie ludzie. Mogę spowodować powstanie ogniska w szpitalu. Wtedy odsetek ciężko chorujących mógłby wzrosnąć znacząco.

Wyobraźmy sobie scenariusz analogiczny, że wiedząc, iż lada moment mogę zacząć zarażać, nie podejmę kwarantanny, nie zamknę kościoła i wszystko będzie się toczyło jakby nigdy nic. Ależ byłby wrzask na nieodpowiedzialność katolickiego księdza, który WIEDZIAŁ, ale nic nie zrobił, nie zapobiegł, nie przeciwdziałał.

Wbrew pozorom, nałożone na nas wszystkich rygory trzymania dystansu i noszenia maseczek nie są nazbyt wysoką ceną, by ograniczyć zagrożenie. Że się nie podobają, że są uciążliwe? To oczywiste. Jestem przekonany, że nikomu nie przypadło chodzenie w maseczce w sklepie czy kościele. Lepiej jednak zgodzić się na tę niedogodność maseczki, dystansu i innych ograniczeń, niż idąc na żywioł doprowadzić do społecznej i gospodarczej katastrofy.

Winni są inni

Sukces ma zawsze wielu ojców i tylko porażka jest sierotą, mówi stare porzekadło. Pamiętam gościa, który najpierw zapowiadał, że coś musi zrobić (więc będzie bardzo zajęty), potem zlecał tę robotę innym (którzy i tak mieli co robić), a na koniec oznajmiał wszystkim z dumą godną Onufrego Zagłoby: „Jam to, nie chwaląc się, sprawił”. Tylko jak coś nie wyszło, to jakoś milkł przedziwnie. Wiadomo, winni są inni.

Niemal codziennie po Polsce słychać szum, że ktoś coś zrobił źle, że nie tak powiedział, że zawalił, zmarnował czy ukradł. Oczywiście, oskarżenia dotyczą zawsze kogoś z drugiej strony plemiennej barykady. Nie ma mody na samokrytykę, a tym bardziej przeprosiny; odbierane są jako przyznanie do słabości. Nuda. Znacznie ciekawsze jest zaglądanie do cudzych portfeli czy życiorysów. Co do własnych spraw, w modzie jest prezentowanie „jakości”, byle tylko nikt nie próbował przeprowadzić żadnej kontroli tej jakości. Byle wyglądało dobrze… na facebooku lub instagramie.

Staram się nie oceniać i nie szufladkować ludzi. Sam po wiele razy doświadczyłem dobrodziejstwa bycia zaszufladkowanym. W tym moim staraniu jest jeden wyjątek: dzielę ludzi na tych, którym przez gardło przechodzi „przepraszam” i tych, których na to nie stać. Nie wnikam w powody, dlaczego tacy są; zdaję sobie sprawę, że życie ich brutalnie naznaczyło i dlatego nie umieją ani tego, ani wielu innych rzeczy. Nie oceniam ich w sensie, że są dobrzy albo źli. Po prostu konstatuję: umieją lub nie umieją przeprosić, umieją lub nie przyznać się do winy. Zazwyczaj umieją również wybaczać.

Wolę być wśród takich, którzy mają tę umiejętność uznania swoich słabości. Czuję się przy nich bezpieczniej. Odnoszę też wrażenie, że są mniej skorzy – zazwyczaj – do nie rzucania oskarżeń i potępień na innych. Uznanie własnych braków i niedoskonałości daje wokół nich miejsce innym, wybrakowanym i niedoskonałym, słabym i grzesznym, którzy nie tylko chcą przemienić świat, ale którzy są gotowi zacząć tę przemianę od siebie.

Wiara i rozum

Pamiętam, że gdy po raz pierwszy sięgnąłem po „Fides et ratio”, przebrnięcie przez dokument kosztowało mnie wiele wysiłku i samozaparcia. Nie miałem wyjścia. Wymogi stawiane przez wykładowców były jasne, a oni sami – bezwzględni. Zresztą, po którejś tam lekturze sam zrozumiałem, że mieli rację i potem zacząłem wymagać tego samego. Wiara i rozum muszą iść w parze, bo same nie dotrą nigdzie.

Co ciekawe, przez „wiarę” zazwyczaj rozumie się to, co ponadnaturalne – zarówno w kwestii punktu odniesienia jak i sposobu jej …przeżywania. Rozum ma się odnosić do tego, co podlega ocenie „szkiełka i oka”, czasu i miejsca. Myślę, że takie podziały, jakkolwiek mają swoje uzasadnienie, są na tyle daleko idącymi uproszczeniami, że bardziej wprowadzają w błąd niż wyjaśniają.

Wiara jest łaską, zatem jest darem Boga, który człowiek przyjął i nim żyje. Jest też sposobem postrzegania świata i ludzi, wartości i celów. Jest dalej wiara relacją pomiędzy człowiekiem a Bogiem, obejmującą praktycznie wszystkie aspekty funkcjonowania i wartościowania; w tym wymiarze przenika się ona z miłością (byciem „dla” i „z”, oraz z nadzieją, która odnosi się do wieczności jako celu ostatecznego). Jest w wierze wcale niebagatelny wymiar intelektualny, namysł rozumu odnoszący się do sposobu postrzegania i tłumaczenia rzeczywistości w jej wzajemnych związkach i wewnętrznej celowości. Stąd teologia jako nauka potrzebuje wiary jako swej duszy i rozumu – jako swego ciała.

Oświeceniowo pojmowany rozum – wbrew pozorom – też nie jest jednowymiarowy. Doświadczenie pokazuje, że rzeczywistość opisywana wyłącznie materią – a tylko to podlega szkiełku i oku – jest nadmiernie uproszczona i wyjaśnienia czynione w takim kluczu są zbyt niekompletne, by zadowolić człowieka. Dlatego tworzymy przeróżne nauki humanistyczne, poświęcone naturze człowieka i świata, w którym żyje, historii ludzkiej myśli i historii społeczeństw, zajmujemy się psychologią, muzyką i sztuką. Rozum ma swój, przyziemny obszar „wiary”, którego źródeł bez odniesienia do Boga tak naprawdę nie jest w stanie wytłumaczyć i zrozumieć.

Dramatem współczesności jest coraz mocniej rosnąca w siłę tendencja zanegowania obu skrzydeł ludzkiego rozwoju – wiary i rozumu, na rzecz doznań, przeżyć i użycia. To nie dzieje się po raz pierwszy w historii ludzkości. Jeśli piszę, że jest to dramat współczesności to dlatego, że ilekroć takie tendencje dochodziły do głosu, ogarnięta nimi cywilizacja upadała. Szkoda zatem, że dotyka to czasów współczesnych, bo to nasze czasy i nasza cywilizacja – coraz bardziej niewierząca i coraz głupsza.

Dyskusje i spory

Prawdę mówiąc, dyskusji w Polsce zbyt wiele nie widzę. Dyskusja jest formą dialogu, a więc postawy najpierw wzajemnego wysłuchania, a potem merytorycznego odniesienia się do przedstawionych tez celem wypracowania wniosków. Tymczasem nie ma ani słuchania, ani merytorycznej wymiany myśli, ani tym bardziej dążenia do wspólnych wniosków. Jeśli cokolwiek wynika z panującego wielogłosu, to kompromis zbudowany na balansie sił. Więc nie ma dialogu. Są tylko spory…

Spór nie wymaga merytorycznych odniesień. Wystarczą mu emocje. Nie trzeba nikogo wysłuchać – można go zakrzyczeć. Nie domaga się również szacunku. Ewentualny posłuch jest efektem swoistego wymuszenia. Dlatego spór, w odróżnieniu od dyskusji i dialogu, nie buduje dobra wspólnego. Nie przekłada się również na jedność społeczeństwa, ponieważ ewentualne ujednolicenie poglądów jest efektem klasycznej urawniłowki a nie wzajemnego zrozumienia.

Jakoś rozumiem, że trudno o dialog z ludźmi, którzy walcząc z wiarą chrześcijańską znieważają chrześcijan na każdym kroku, choć szacunku się dla siebie domagają. Nie rozumiem jednak i boli mnie niezmiernie, że spór zagościł na dobre również pomiędzy nami, chrześcijanami. Spieramy się o to, w jakiej postawie, w jaki sposób i z czyich rąk godzi się przyjąć Komunię świętą. W imię miłości Boga coraz częściej daje się okazywana jest nienawiść wobec ludzi, choć św. Jan wprost pisał, że „kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi”. Przestaliśmy się wzajemnie miłować. Przestaliśmy się wzajemnie szanować. Nie słuchamy siebie nawzajem. Staliśmy się sobie obcy.

Wariat

Wyobraźcie sobie: środek nocy, burza na jeziorze (jak na naszych Śniardwach, z wysoką falą), i oto ktoś idzie po wodzie do was… Wcale się nie dziwię, że Apostołowie byli przerażeni. Też bym był. Jeśli coś mnie dziwi, to słowa Piotra – „Jeżeli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie”, i jeszcze bardziej to, że wylazł z łodzi i poszedł. Nawet nie to, że szedł, ale że w ogóle wyszedł z łodzi! Wariat!

Szedł, póki zmierzał ku Jezusowi. Zaczął tonąć, gdy – doszedłszy – rozejrzał się wokoło i dotarło do niego, co zrobił. „Małej wiary” określił go Chrystus wyciągnąwszy go „za uszy” z wody. Małej?! Przecież przed chwilą poważył się na krok zupełnie bez precedensu! Dlaczego małej?

Wiara jest silna Chrystusem, albo nie jest silna. Albo na Nim się opiera, albo zanika. W ogóle, nasze życie jest o tyle chrześcijańskie, o ile podążamy przez nie wpatrzeni w Niego. Niestety, zbyt często tracimy Go z oczu, pozwalamy, by przytłoczyły nas okoliczności, jak fale i wiatr w nocy na jeziorze. W sumie nawet trudno się dziwić – tak jak bliższa jest ciału koszula, łatwiej nam stają przed oczy rzeczy i sprawy widoczne „wizualnie, naocznie, optycznie i wzrokowo”, jak to zwykła mawiać ks. prof. Nagórny. Mamy świadomość – idąc za A. de Saint-Exupery, że „najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”, ale to wcale nie oznacza, że umiemy te sprawy niewidoczne dostrzegać. Nie umiemy.

Opieramy się zatem na swoich zmysłach, na tym co widzimy i czego potrafimy dotknąć. Rację miał Mickiewicz.

Czucie i wiara silniej mówi do mnie
Niż mędrca szkiełko i oko.
Martwe znasz prawdy, nieznane dla ludu,
Widzisz świat w proszku, w każdej gwiazd iskierce.
Nie znasz prawd żywych, nie obaczysz cudu!
Miej serce i patrzaj w serce!

Ja się nie boję…

Ja się nie boję o siebie. Boję się o innych. Apel abp Stanisława Gądeckiego, ogłoszony w odpowiedzi na nagły wzrost wykrytych infekcji wirusem SARS-CoV-2, który umieściliśmy na mariańskim profilu FB, zaowocował zaskakującą, burzliwą dyskusją. Mało kto zajął się meritum sprawy. Argumenty przeciw noszeniu maseczek (nieliczni wspominają przyłbice) poszły w kierunku: negowania epidemii jako takiej i szydzenia z tych, którzy zasłaniają twarz ze strachu. Kto wierzy w Boga, twierdzili dyskutanci, powinien dawać świadectwo wierze, a nie zasłaniać twarz.

Szczerze mówiąc, nie rozumiem tej argumentacji. Dla mnie wiara przejawia się w miłości Boga ponad wszystko i bliźniego jak siebie. Jej znakami jest postawa solidarności i odpowiedzialności. Jeśli maseczka lub przyłbica ma być znakiem odpowiedzialności za innych, to właśnie jej noszenie będzie świadectwem miłości bliźniego i wiary chrześcijańskiej. Jeśli wezwanie biskupów ma być traktowane w duchu wiary („kto was słucha, Mnie słucha” – por. Łk 10,16), to odpowiedzią na apel biskupów powinna być przynajmniej próba zrozumienia powodów, które za nim stoją.

Mi, jako księdzu, jest łatwiej. Podczas sprawowania świętych czynności nie noszę maseczki. Ale w sklepach, urzędach czy środkach komunikacji publicznej zakładam ją. Zakładam ją nie dlatego, że się boję infekcji. Nie boję się, choć zarażenie koronawirusem spowodowałoby dla mnie i moich współbraci, dla kurii prowincjalnej i dla parafii stegneńskiej bardzo poważne konsekwencje. Zakładam maseczkę ponieważ nie wiem, czy w ciągu ostatnich dni nie zostałem zarażony, mimo wszystkich środków ostrożności. Ostatecznie, z racji pełnionych posług duszpasterskich, spotykam się z wieloma ludźmi. Codziennie udzielam komunii św. Nie wiem, czy nie jestem (bezobjawowym) nosicielem. Zatem zakładam maseczkę, by – jeśli tak by się stało – ograniczyć ryzyko przekazania wirusa dalej.

Maseczka nie jest dla mnie znakiem strachu, ale odpowiedzialności za innych. Jest dla nich sygnałem, że się o nich troszczę. Przestrzegam wymogów reżimu sanitarnego nie z lęku, ale z miłości bliźniego. Ogromnie mnie boli, że ludzie tego nie rozumieją.

Rozmawiałem z ludźmi, którzy zachorowali na pełnoobjawowego COVIDa-19. Przeżyli, nie mieli „chorób współistniejących”, których obecność mogłaby być dla nich dodatkowym zagrożeniem. I bez tego cierpieli ogromnie. Prosili, bym sam nie lekceważył zagrożenia i bym innych przestrzegał. 40-letnia przyjaciółka mojej znajomej nie przeżyła, choć chorób współistniejących nie miała. To prawda, odsetek tych, którzy chorują i którzy umierają nie jest wysoki. Większość ofiar to osoby starsze. Zbyt mało wiemy jednak, by przesądzić, kto jest podatny na chorobę.

Nie wiemy kto, kiedy i w jakich okolicznościach może zarazić siebie a potem innych. Czy prosimy o zbyt wiele, gdy wzywamy do postawy odpowiedzialności? Czy prosimy o zbyt wiele, gdy wzywamy do miłości bliźniego? Wiara bez uczynków jest martwa (por. Jk 2,14-26). Warto o tym pamiętać.

(Nie)znane odpowiedzi

Czasem ludzie pytają, żeby wiedzieć. Zjada ich ciekawość – dobra lub zła – więc pytają. Zresztą, poszukiwanie odpowiedzi na przeróżne pytania jest wpisane w naszą naturę. Nasz rozwój od tego zależy, czy pytamy i czy znajdujemy na te pytania odpowiedzi.

Pan Jezus mówił, że każdy kto prosi – otrzyma, kto szuka, znajdzie, a kto kołacze do drzwi, będzie mu otworzone. Idąc dalej tym tropem można by zatem powiedzieć, że kto pyta, to się dopyta, ale tak dobrze nie jest. Nie każde poszukiwanie odpowiedzi jest dobre.

Św. Bernard z Clairvaux w jednej ze swoich sentencji (s. XIX) – przytaczam ją w swojej książce „Panie Ty wszystko wiesz” pisał, że ludzie szukają odpowiedzi na swoje pytania z różnych powodów:

Są tacy, którzy szukają wiedzy, bo chcą wiedzieć – i to jest ciekawość. Są tacy którzy chcą wiedzieć, by inni wiedzieli, że wiedzą – to jest próżność. Jeszcze inni zdobywają wiedzę, by ją sprzedać – i jest to niegodziwy handel tym, co święte. Są w końcu i tacy, którzy chcą swoją wiedzą służyć, budując siebie i innych – i to jest miłość, która jest prawdziwą mądrością.

Dodałbym do tego wszystkiego jeszcze jedno. Są tacy, którzy pytają, choć w swoim sercu znają odpowiedzi na nurtujące ich pytania. Dotyczą one zresztą nie tyle rzeczy co postępowania, wyborów, które mają podjąć. Gdzieś w sercu znają odpowiedź, ale ponieważ im się ona nie podoba, bo zbyt trudna jest i zbyt wiele wymaga – pytają. Chcą, by ktoś ich wewnętrznemu głosowi zaprzeczył, by mieli pretekst, by ów głos zagłuszyć. A przecież tylko jeśli za tym wewnętrznym głosem pójdą, głosem wzywającym do trudnego dobra, zachowają wewnętrzną integralność i poczucie prawdziwej godności.

Tak sobie myślę, że często, gdy rodzi się we mnie pytanie w stylu „czy mi wolno…?”, zazwyczaj wiem, jaka jest odpowiedź. Nie wolno. Nie powinienem. Chciałbym, ale sumienie mówi mi „nie rób tego”. Znam odpowiedź, i nie mam co ściemniać, że jest inaczej.

Albo ją w sobie masz, albo nie wiesz o co chodzi.

Właśnie się dowiedziałem, że pewien stosunkowo młody ksiądz i jego matka wylądowali pod respiratorami. COVID-19. Zazwyczaj ciężki przebieg dotyczy ludzi w podeszłym wieku, ale zdarzają się przypadki i u znacznie, znacznie młodszych, o czym boleśnie przekonała się na przykład doskonała dziennikarka Agata Puścikowska. Ona wie aż nadto dobrze, jakim koszmarem jest ta choroba.

Zagrożenie jest realne i praktycznie od samego początku przypomina się o obowiązku przestrzegania zasad reżimu sanitarnego. Dziś jesteśmy świadkami przytaczania wypowiedzi ministra Szumowskiego z samego początku epidemii (że noszenie maseczek jest zbędne) i premiera Morawieckiego z czasu, gdy rzeczywiście dane wskazywały na cofanie się epidemii (że najgorsze mamy za sobą). W moim przekonaniu jedynym efektem (mam nadzieję, że nie celem) przywoływania tych wypowiedzi jest podważenie obecnej wiarygodności obu panów.

Odbieram takie manewry jako nieuczciwe i nieprofesjonalne. Jestem przekonany, że obaj starają się od początku kryzysu epidemicznego o ochronę najcenniejszego dobra: narodu. Cały czas obaj mówili i mówią, że trzeba zachować się odpowiedzialnie, by odczuwający infekcję nie spotykali się z innymi ludźmi, a tym bardziej nie uczestniczyli w spotkaniach towarzyskich, weselach czy innych zgromadzeniach. Nie mam poczucia, by rząd mieszał ludziom w głowach. Jeśli ktoś miesza, to dziennikarze i politycy, którzy żonglują cytatami z wypowiedzi wyrwanych z kontekstu, podważając zarówno zaufanie do rządu i wydawanych przez niego regulacji, jak i stwarzając miraż bezpieczeństwa. W efekcie mamy to, co mamy.

Żeby było jasne: nie jestem zwolennikiem partii rządzącej i nie popieram wielu jej działań. Nie zajmuję się polityką. Zajmuję się natomiast moralnością tak w życiu indywidualnym jak i społecznym, w tym bioetyką. To, co obserwuję w chwili obecnej w naszym kraju to wzrost zachowań nieodpowiedzialnych (mówię o kwestii pandemii COVID-19) wśród ludzi, oraz coraz racjonalniejsze działania służb państwowych. Najlepsze rozstrzygnięcia prawne nie przezwyciężą jednak nieodpowiedzialności obywateli; ich wymuszanie odebrane byłoby natomiast jako terror i nadużycie władzy.

Sytuacja jest taka, że narażanie siebie i innych na infekcję jest jak gra w rosyjską ruletkę. Tam, gdzie nie mamy pewności co do bezpieczeństwa (np. w odniesieniu do „bezpiecznej mutacji” wirusa, rzekomo mniej groźnego), albo pewności, że wszyscy obecni są zdrowi, tam nie wolno poluzować wymogów reżimu sanitarnego.

To nie jest tylko problem Polski, co widać na zdjęciu z Placu Świętego Piotra w Watykanie, ale załączony obrazek zupełnie dobrze mógłby pochodzić z niejednego miejsca w naszym kraju. W wielu miejscach, także w niejednym kościele, ludzie nie noszą maseczek (lub przyłbic), choć mogliby. Nie interesują ich inni. Zajmują się sobą. Ponieważ nie boją się infekcji, to nie przestrzegają zarządzeń sanitarnych. Na zwróconą im uwagę nierzadko reagują agresją, żądając, by ich zostawić w spokoju. Na myśl im nie przyjdzie, że mogą być nosicielami, którzy bezwiednie rozsiewają śmiertelne zagrożenie wśród innych.

Z mojego punktu widzenia, podstawą bezpieczeństwa epidemicznego w Polsce jest odpowiedzialność osobista każdego z nas, a nie prawo. Prawo jest potrzebne, ale jeśli nie jest przestrzegane, niczego nie rozwiąże. Może wspomóc odpowiedzialność, ale jej nie zastąpi. Problem w tym, że odpowiedzialność albo się w sobie ma i wtedy nie trzeba nikomu tego tłumaczyć, albo się jej w sobie nie ma i wtedy żadne tłumaczenie nie pomoże. To jak z prawdą, o którą pytał Piłat: „Si non vis veritatem audire, nemo tibi dicere potest”.

Zauważyć dobro

Jesteśmy stworzeni, by widzieć i wybierać dobro, a odrzucać zło. Tego nie musimy się uczyć, bo mamy to wpisane w naszą naturę. Uczyć musimy się odróżniać dobra – prawdziwe i fałszywe, obiektywne i subiektywne. Bez tej nauki, bez wdrożenia się w odnajdywanie rzeczy i spraw prawdziwych i rzeczywiście dobrych, łatwo możemy pozostać na poziomie małego dziecka które utożsamia dobro z przyjemnością lub korzyścią, zresztą dosyć prymitywnie rozumianą

Niestety, nie wszystko, co wydaje mi się dobrym, bo jest przyjemnym, użytecznym lub skutecznym, jest dobrym naprawdę, czyli zakorzenionym w porządku moralnym. Tak to już jest, że w złamanym grzechem świecie moralność wcale nie jawi się jako rzeczywistość, której po drodze z przyjemnością, użytecznością czy skutecznością. Przeciwnie, wysokie standardy moralne często są kojarzone z umartwieniem (czyt. smutkiem), nieudacznictwem i bezradnością. Niesłusznie.

Prawda i dobro idą ramię w ramię ku prawdziwemu celowi stworzenia, jakim jest uporządkowanie na nowo wszystkiego w Stwórcy. W ostatecznym rozrachunku to one są rzeczywiście skuteczne, i one zaowocują radością i szczęściem. Zresztą, jako że „Królestwo Boże w was jest”, skuteczność prawdy i dobra jako kryteriów postępowania dotyczy nie tylko życia wiecznego, ale także doczesności. Dobra etyka prowadzi do prawdziwej sprawiedliwości, do pokoju i faktycznego uczestnictwa w dobru wspólnym, do dobrej medycyny i do trwałości rodzin.

Niewątpliwie, podążanie jej ścieżkami jest dłuższe i wymaga więcej wysiłku, ale przynosi owoce trwalsze i bogatsze. Jakoś nie mogę się nadziwić, że ludzie wciąż wolą iść na skróty; co więcej, że potem są rozczarowani, gdy osiągnięte cele skażone są bólem, gniewem i krwią. Rację miał św. Jan XXIII gdy pisał: „Żaden chyba przejaw głupoty nie wydaje się bardziej znamienny dla naszych czasów, jak dążenie do utworzenia trwałego i dostatniego porządku życia doczesnego, nie opartego na nieodzownym fundamencie, to znaczy pomijającego Majestat Boga. W ten sposób usiłuje się podkreślać dostojeństwo człowieka, wysuszywszy źródło, z którego to dostojeństwo wypływa i jest zasilane, ą więc utrudniając a nawet – jeśliby to było możliwe – tłumiąc dążenie dusz ludzkich do Boga. Jednak bieg współczesnych nam wydarzeń, który podważa nadzieje wielu, innych zaś pogrąża w smutku, w pełni potwierdza wielką prawdę wyrażoną w słowach Pisma Świętego: „Jeśli Pan nie zbuduje domu, na próżno pracują, którzy go budują”. (Mater et Magistra 217)

Fałszywa nadzieja

Myślę, że żyć bez nadziei się po prostu nie da. Nadaje dynamikę podejmowanym działaniom i sprawia, że czujemy sens wysiłków i wyrzeczeń. Łatwiej czekać, gdy zarysowana jest niezbyt odległa perspektywa spełnienia. Łatwiej pracować, gdy wiadomo, po co. Gdy jednak cel i perspektywa są kłamstwem, nadzieja – tak jak wcześniej dodawała sił – tak teraz jest źródłem frustracji, zniechęcenia i nieufności wobec kolejnej obietnicy.