Krzyż sprowokowany

Seria profanacji przetacza się przez Europę. We Francji płoną kościoły, u nas grupy aktywistów prowokują wpisywaniem świętych dla katolików symboli w znaki związane z demoralizacją seksualną. Od razu chcę zaznaczyć, że terminu „demoralizacja” używam w jego podstawowym znaczeniu: seksualność jest systematycznie pozbawiana kręgosłupa moralnego, jasnych norm i odniesień.

Jak mamy się bronić, my – chrześcijanie – przed ofensywą obcej i wrogiej nam ideologii? Siłą jej nie powstrzymamy. Zresztą, przemoc jest domeną rewolucji, a ta prędzej czy później pożera własne dzieci. „Kto mieczem wojuje, od miecza ginie”.

Zresztą, na chwilę obecną prawo stoi „po naszej stronie” i broni porządku – tak społecznego jak i moralnego. Przecież właśnie dlatego prowokacje mają miejsce. Gdyby obowiązujące prawo było przeciwne porządkowi moralnemu i rodzinie, będącej w jego Centrum, zamiast prowokacji mielibyśmy represje, jak tego doświadczają katolicy w krajach, gdzie wprowadzono rewolucyjny porządek prawny. Ani z prawem ani z porządkiem nie ma to wiele wspólnego, ale z bezwzględnością rządów siły – na pewno.

Tymczasem u nas jest w miarę spokojnie. Staramy się nie dać sprowokować. Mamy jednak – wielu z nas – poczucie, że potrzeba reakcji, tylko jakiej? Czy „tylko się modlić” wystarczy? W moim przekonaniu, jeżeli rozumiemy przez to głębokie, osobiste nawrócenie i pogłębienie osobistej relacji z Chrystusem – to tak, wystarczy. O ile „wystarczy” jest adekwatnym słowem w tym miejscu.

Niepokój i wiara

Perspektywa wizyty na stole operacyjnym (jeszcze nie dziś) w nowy sposób kazała mi podejść do pytania stawianego przy okazji dnia skupienia: „Czy jestem gotowy na śmierć?” Nie chodzi o to, bym się bał śmierci, choć mam poczucie, że po wielokroć zawiodłem Chrystusa. Jeśli ufam Jego miłosierdziu, to jednak nie w bezczelnej zuchwałości, ale w nadziei opartej na udzielonej obietnicy zbawienia. Nie chodzi zatem o lęk przed śmiercią, ale o realność tejże i świadomość, że jej nadejście jest raczej zdecydowanie bliżej mnie niż dalej. Nie wiem, czy jestem gotowy. Staram się, choć pewnie nie tak, jak powinienem był. I ufam, wierząc bardziej w miłosierdzie Pana niż w te moje starania, a że wiara jest słaba…

Co do śmierci, intelektualnie ważę w sobie zakład Pascala. „Jeśli Bóg jest, wszystko mogę wygrać. Jeśli Go nie ma, niczego nie mogę stracić, ponieważ wszystko, czym jestem i co posiadam, jest jedynie złudzeniem.” Kiedyś pewien ksiądz napisał swoistą tego parafrazę:

Nawet jeśli nie ma Ciebie
że wierzyłem – nie jestem temu winien
boś być powinien
.

Zatem wierzę, tak jak umiem, z całą moją słabością wiary umacnianej Bożym słowem i sakramentami, zwłaszcza Eucharystią. Idę przez cienistą dolinę, ale ufam, że jest ze mną. Jest bo obiecał. Dowiódł swojej miłości, samemu przechodząc tą drogą.

Wiem, że każdy, kto mi powie: „nie bój się, wszystko będzie dobrze”, chce mi pomóc. Są tacy, którzy trochę pomoralizują: „nie powinieneś się niepokoić, gdzie twoja wiara?” Takie teksty łatwo przychodzą nam na myśl, gdy jesteśmy młodsi, sprawniejsi, gdy nieznośna lekkość i ulotność bytu jeszcze nas nie dotyczy. Z biegiem lat i nabywaniem doświadczenia stajemy się ostrożniejsi w wypowiadaniu takich pseudomądrości, przynajmniej niektórzy. I słusznie! Niewczesne pocieszanie przynosi więcej szkody, niż pożytku.

Treść ważniejsza od autora

Cała rzecz w tym, by nie zasłonić sobą tego, co chce się przekazać: by wykład był ważniejszy od wykładowcy, książka od jej autora i nade wszystko – Eucharystia od celebransa, który ją sprawuje. I tak chcę pisać. Niech ludzie, sprawy i rzeczy będą ważniejsze ode mnie. Jestem tylko sługą Słowa…

Swoją drogą, wcale nie tak łatwo się schować, nie tylko dlatego, że pokusa bycia na świeczniku nie przestaje drążyć serca, ale także dlatego, że pośród mnóstwa spraw, w jakie się angażuję, niełatwo jest utrzymać porządek. Innymi słowy – nieustannie wracać muszę do kwestii zasadniczej: czemu i komu winien jestem moją lojalność, czemu i komu służę? A raczej, ustawiając pytania w hierarchii, czy rzeczywiście – jak wcale nierzadko deklaruję – służę Bogu i ludziom, zgodnie z powierzoną mi Ewangelią?

Karmię was, czym sam żyję!

Nie jest łatwo zacząć pisać, przynajmniej mnie. A jednak pisać mi trzeba. To jedna z dróg, na którą Bóg mnie zaprosił, bym opowiadał o Nim tym którzy są blisko i tym, którzy są daleko. Może przyjdą, może dołączą, może dalej będziemy szli razem…

Tym, którzy szukają gotowych rozwiązań, muszę powiedzieć, że ich tu nie znajdą. Ściślej mówiąc – znajdą rozwiązania niegotowe: te mianowicie, które znalazłem szukając odpowiedzi na moje pytania. Każdy z nas, albo znajdzie swoje, albo zagubi się w cudzych.

A przecież warto przyglądać się drogom, które pokonali inni, aby nauczyć się mądrze chodzić własnymi ścieżkami. Warto słuchać zadawanych przez innych pytań i starać się pojąć odpowiedzi, jakie znaleźli. Sam wiem, aż nadto dobrze, jak wiele zawdzięczam tym, którzy nauczyli mnie chodzić – dosłownie i w przenośni. Mimo upływu lat, wdzięczność wobec nich nie tylko nie maleje, ale nieustannie wzrasta.

Mam nadzieję, że nigdy nie powiem, że wszystko zawdzięczam tylko sobie i własnej ciężkiej pracy. Wszystko, co mam, otrzymałem. Jeśli dane mi było ubogacić, poprawić czy pokazać cokolwiek więcej, lepiej czy klarowniej, to także to był owoc działania łaski. Dlatego chcę się dzielić swoim doświadczeniem Boga i Kościoła, doświadczeniem działania łaski w świecie

Wbrew pozorom, nie zamierzam pisać wyłącznie „pobożnych” tekstów. Łaska działa w życiu codziennym, tak indywidualnym, jak społecznym. Nie zawsze trzeba Boga wspominać z Imienia, by ukazać Jego działanie; przeciwnie – czasem wręcz lepiej jest odsłaniać Jego ścieżki powoli i delikatnie, przez obrazy i przypowieści, by nie wystraszyć tych, którzy bojąc się Nieznanego Boga, uciekają przed każdym nominalnym do Niego odniesieniem.